Gruzja
Znów emocje nie pozwoliły na długi sen, zapowiadając rozpoczęcie kolejnej podróżniczej przygody. Budzik ustawiony na środek nocy w zasadzie nie był mi potrzebny. Bardzo przytomnie sprawdziłam po raz piąty, czy mam paszport i bilety, dopchałam plecak… i mogłyśmy już z Agnieszką ruszać na lotnisko. Sprawna odprawa, przyjemny lot o wschodzie słońca i ciepłe przedpołudnie w Kutaisi. Miła pani Gruzinka podbiła mi paszport gruzińską pieczątką mówiąc „dzień dobry” i uśmiechnęła się szeroko. Nie mając już zatem żadnych wątpliwości, że dzień jest dobry, znaleźliśmy transport do Tbilisi i po około czterech godzinach znaleźliśmy się na Liberty Square.
Jadąc do hostelu taksówką podziwiałam ukradkiem kunszt prowadzenia pojazdu przez naszego kierowcę. Przeciskając się przez wąskie uliczki ani razu nie straciliśmy lusterka. Na skrzyżowaniach pierwszeństwo w zasadzie miał ten, który wjechał pierwszy, i – rzecz jasna, powszechnie pozdrawiano się użyciem klaksonu. Mimo wszystko, jako wieczny optymista rejestrowałam to tylko kątem oka, a generalnie nie odrywałam wzroku od tego, co widziałam za oknem – specyficzne piękno tego miasta zajęło moje myśli od razu.
Kolacja w lokalnej knajpce i późny wieczór w pięknie oświetlonym Tbilisi były dobrym wstępem do gruzińskiej przygody.
Rano ruszyliśmy w kierunku Waszlowani. Postój w Dedoplistskaro przeznaczyliśmy na zakupy na targu – zrobiliśmy zapas na całą wyprawę, kupując warzywa, owoce, jajka i, kto je polubił – słodkie czurczechele, którymi mogłabym się żywić przez cały pobyt. Woziłam to ze sobą podczas naszej konnej wyprawy i zajadałam na postojach. Nadałam nawet im polską nazwę : – )
My robiliśmy zakupy – czyli, na przykład – skrzynka pomidorów, sto dwadzieścia jaj, wór pysznego, tamtejszego chleba – a Jacek, organizator naszej wyprawy (polecam zajrzeć na nomadiclife.eu), u Dyrekcji Parku Narodowego uzyskał dla nas potrzebne przepustki.
Kiedy wysiadłam z busa, którym dojechaliśmy do Eldari – zgodnie z moim nawykiem – pierwsze co, rozejrzałam się chłonąc otaczające mnie widoki. W kolejnych dniach robiłam to stale. Miejsce, z którego mieliśmy wyruszyć już konno na naszą wyprawę, zapadło mi mocno w pamięć, tak samo jak sceneria podczas całej wędrówki. Ogromna, rozległa przestrzeń, surowa, ale bardzo pociągająca – gdzie horyzont był wyjątkowo odległy. Konie dzielne i z niesamowitą kondycją, przy tym zrównoważone i nie dające się nie lubić, ambitnie pokonywały kilometry, nawet niezapomnianym galopem. Niedługo przed malowniczym zachodem słońca docieraliśmy do miejsca noclegu, każdego dnia gdzie indziej. Każdego dnia byłam zaskoczona czymś wyjątkowym. Były stepy, rozległe, równinne przestrzenie; były i góry, i kaniony…
Nocne niebo jest dla mnie symbolem tego typu przygód i wypraw. Uwielbiam je wspominać. Noce w takich miejscach, czyli z daleka od tego, co znamy i mamy na co dzień, są bezcenne. Lubię, idąc od ogniska do namiotu, zatrzymać się na dłuższą chwilę i po prostu patrzeć w górę na gwiazdy, i ten widok za każdym razem jest niesamowity.
Jedną noc spędziliśmy nad rzeką Alazani przy granicy z Azerbejdżanem. Tamtego wieczoru stadko „naszych” koni, pędzone przez jednego z naszych przesympatycznych gruzińskich przewodników, przeszło spokojnie tuż obok miejsca, gdzie rozłożyliśmy się z całym campingowym dobytkiem. Pobiegły do rzeki, aby napić się wody i równie spokojnie wróciły do miejsca popasu, znanego już tylko naszym przewodnikom. Ten widok urzekł mnie zupełnie, zresztą – to miejsce, w którym się zatrzymaliśmy, miało w sobie jakąś magię ; -)
Cała gruzińska przygoda, wyczekiwana od miesięcy, miała w sobie “magię”. Utwierdziła mnie w przekonaniu, że duży kawał mojego serducha zajęło mniej typowe podróżowanie, a mocno marzycielska dusza skłania mnie zawsze do filozofowania podczas takich wędrówek 😉 Zatem oprócz dobrej zabawy ze wspaniałą ekipą – na tym wyjeździe liczną, robiłam sobie wycieczki wgłąb siebie.
…zatem – travel far enough to meet yourself . Jeszcze sporo drogi przede mną, ale to uważam akurat za wspaniałe ; – )
Oto i ja, oraz – Shamil. Też mały i też ma rude włosy. Bardzo ambitny, podróż z nim okazała się wyjątkowo udana! Tutaj – czwarty poranek, nad Alazani przy granicy z Azerbejdżanem. Bajkowo…