Rumunia
“There ain’t no journey what don’t change you some”…
czyli – nie ma podróży, która cię nie zmieni, mówiąc najprościej. Zmienia choćby w małym stopniu, albo w sposób, którego konkretnie nie da się określić. Natknęłam się na tę myśl ostatnio – w podróży właśnie. Jechałam pociągiem, obraz za oknem zmieniał się nieustannie, a ja przeglądałam instagrama, choć tak właściwie – zamierzałam napisać tekst o wyprawie do Rumunii. Będąc myślami wciąż w Karpatach w rejonie Sureanu, zaczęłam uśmiechać się do wspomnień i przelewać to na papier, czyli notatnik na kolanie (uwielbiam retro ; -) )
Najpierw kilometry pokonane samochodem, w podróży przez południe Polski, Słowację, Węgry i wreszcie Rumunię. Ja już byłam podekscytowana podróżowaniem od momentu zatrzaśnięcia drzwi samochodu w Nielepicach, mimo, że wyjeżdżaliśmy w strugach deszczu. Chłód na Słowacji, nieśmiałe słońce na Węgrzech, trochę chmur w Rumunii. Pierwszy nocleg niedługo po przekroczeniu granicy, pierwsza wspólna kolacja, przeglądanie map, pierwszy łyk domowej palinki. Następnego dnia Parcul Natural Apuseni, gdzie zrobiliśmy sobie wycieczkę pieszą wśród skał i urwisk. Po deszczowej nocy zapowiadała się coraz wyraźniej piękna pogoda, która została z nami do końca wyprawy. Pamiętam wciąż widok chmur wiszących nisko, jakby zaraz nad ziemią, kiedy jechaliśmy do Apuseni… Wieczorem – Petrila. Poznaliśmy nasze konie, na których mieliśmy podróżować przez kolejne dni w górach. I tu muszę wspomnieć o wspaniałym blondynie Brego, któremu robiłam liczne sesje zdjęciowe, kiedy nikt nie widział, i do którego wzdycham do dziś ; -) Konie dzielnie pokonywały z nami kilometry, a każdy z nich miał swoją historię, opowiedzianą przez Calina, naszego przewodnika.
Uwielbiam powtarzać, że jestem szczęściarzem, przy okazji robienia różnych fantastycznych, jak uważam, rzeczy ; -) Na trzy dni zupełnie zostawiliśmy miasto za sobą, a zasięg można było złapać jedynie w zagadkowych miejscach. Czyli mniej wytrwały, tak jak na przykład ja w tym wypadku, decydował się na tymczasowe zgubienie telefonu. Naszą bazą na dwie noce była chatka pasterska; w nocy przez otwarte okno słychać było parskające czasem konie, i oczywiście, moje ulubione – świerszcze. Wspomnienia z biwaków w górach, z końmi pasącymi się tuż obok, z ogniskiem, przy którym grzeje się zmarznięte (ale tylko trochę) stopy i dłonie, do późna w nocy… należą do moich ulubionych. Tym razem mieliśmy do tego wszystkiego jeszcze pełnię księżyca, który cudownie wyglądał nad górami. W całkowitej ciszy.
Rano – czarna kawa z rondelka i wspólne śniadania przed pasterską chatą, na dobry start przed wędrówką. Później, im wyżej – tym piękniej. Wiatr, parskanie koni wchodzących z nami coraz wyżej i… wolność.
Wiatr targał jasną grzywą Brego, ale mój wierzchowiec był tym raczej niewzruszony. Z zupełnym spokojem wędrowaliśmy szlakiem. Zapatrzona w dalekie szczyty Retezat na chwilę zapominałam o robieniu zdjęć, tylko zamyślona i zafascynowana chłonęłam widoki. I momenty…
W innym poście rajdowym wspomniałam już o tym, jak działa na mnie taka forma wędrówki, czyli – ta z udziałem koni. Ale to nie tylko konie, to sam fakt wędrówki w tak rozległej przestrzeni, po górskich szlakach działa na mnie budująco i dodaje sił. Pewnie dlatego, że to zwykle dobry moment na bycie ze sobą szczerym. Sporo czasu i przestrzeni na wrażliwość. A autentyczność jest w cenie ; -)
Słońce było coraz niżej i nasze cienie wydłużały się coraz bardziej na trawiastych zboczach. Tam, gdzie było stromo, zsiadaliśmy z koni i sprowadzaliśmy je ostrożnie.
I znów wieczór w górach, rozmowy –wesołe lub te bardziej poważne, gulasz z kociołka gotowany nad ogniskiem, konie koło chatki i gwiazdy nad głową. Z reguły boli mnie wtedy kark od zadzierania głowy i gapienia się w niebo. Obowiązkowo.
Cieszyłam się, że po zejściu z gór czekały nas dwa dni podróży do Polski, bo trochę łagodniej można było wracać do rzeczywistości. Jeszcze na pocieszenie mieliśmy przed sobą ostatni nocleg w Tokaju i smak tamtejszego słodkiego wina.
Lubię, jak mnie te moje podróże nieco zmieniają. Jeśli na to pozwolę, rzeczywiście tak się dzieje.
Wesoła, fantastyczna ekipa jak zwykle zadbała o moje wspomniane w innym rajdowym poście zmarszczki – te od śmiechu. Tych mogę mieć dużo ;-P
A Rumunia… cóż, skradła mi serducho, to prawda. Wypadałoby kiedyś po nie wrócić, bo w zasadzie… byłaby to znów okazja do wędrówki… 😉
Wyprawa we współpracy ze Stadniną Koni Huculskich w Nielepicach oraz Carpathian Horse Trekking / www.chtr.ro
***
“There ain’t no journey what don’t change you some”…
even if you cannot define it, how does it happen. I saw this quote recently when I was travelling by train. The view from the window still was changing, I was scrolling Instagram, but – in fact, I wanted to write the text about our trek in Romania. Well, my mind was still in the Carpathian Mountains in Sureanu region. My memories made my smile and I began to put it on paper, in this instance it was a notebook on my knee ( I love retro style ; -) )
At the beginning of our journey we were travelling by cars, through the south of Poland, then Slovakia, Hungary and finally Romania. I was excited with the first moment of the trip, when I slam the car door. So we began the adventure! Cold in Slovakia, some sunshine in Hungary, some clouds in Romania. First night right after we crossed the border of Romania, first dinner together, review of the maps, first sip of homemade palinka. Next day – Parcul Natural Apuseni, where we had the hike among the rocks. There came a beautiful weather after rainy night. And the sun stayed with us till the end of our trip. I remember the clouds were low, like right by the ground, when we were travelling to Apuseni. It was fabulous. In the evening – Petrila. We met our horses, which we were going to ride in the mountains. And here – I must mention Brego, a wonderful blonde horse. I have a few Brego’s photo shoots, which I’ve made when nobody knew about that. And I’m still thinking about him till today… ; -) The horses were trekking with us bravely and every horse had it’s own story. Calin, our guide told us their stories.
I like to say that I’m lucky cause I can do many awesome things in my life ;- ) We left the town behind us for three wonderful days. We could catch the mobile phone coverage only in mysterious places. So… who wasn’t persistent, like me for example (in that case), this one decided to lose the mobile phone temporarily ; -). We spent two nights in the cabin. The window was open , so I could hear the horses snorting and the sound of cricets at night. I have my favourite memories: camping in the mountains with the horses right next to me, the campfire warming my cheeks and hands, chatting till late-night . This time we had beautiful full moon at that.
In the morning – scented black coffee and breakfast before the cabin, so it was the send-off before the trek. Then – the more high, the more beautiful. The wind, the view, snorting horses and… freedom.
Brego had wind in his mane. We were gettin higher and higher. I stared at the distant peaks of Retezat and I forgot about taking photos for a while. I just was trying to catch the moment… I love horse trekking, but not only that. I love the fact of being in a journey, like in the wonderland. In the wide open space, like in the mountains. It makes me stronger. It’s good moment to be onest with oneself. I have time and space for being sensitive . And authenticity is precious : -)
The sun was lower an our shadows were drawing out on the mountainside.
So again – evening in the mountains, chatting – cheery or more serious, the soup cooked in a kettle over the campfire, the horses near the cabin and the stars over my head. My neck hurts very often when I hold my head up to stare at the sky. Obligatorily.
I was really happy with that we had two days of way to home before us, when we got down from the mountains. Our return to reality could be more gentle. We were going to spend the last night in Tokaj, where the sweet wine cheered us up. 😉
I love the fact that my journeys change me some. If I Iet it happen.
And Romania… well, it stole my heart. I should get back for it, all the more – it’ll be a chance for another adventure 😉
4 listopada, 2019 @ 2:35 pm
Jestem pod wrażeniem ! Zazdroszczę wypraw i dni spędzonych w siodle !