Ukraina
Bezchmurne niebo, księżyc, mgła nad Sanem i „noc z radiem Rzeszów”, które nastawiłam po cichu – i tak sobie chrypiało akurat pasującego do klimatu bluesa. Północ. Mała pętla bieszczadzka. Ostatnie zakręty. Polana, kierunkowskaz na stadninę – i za chwilę wyłączałam już silnik po kilkugodzinnej podróży, zatrzymawszy się na małym, kamienistym parkingu przy strumyku.
Cisza. Głęboka noc. Pogrzebałam chwilę w samochodowym schowku, znalazłam czołówkę, żeby jakoś pozabierać rzeczy z auta, nie zwracając w danym momencie większej uwagi na romantyczność blasku księżyca. A księżyc był ogromny. Pogapiłam się na niego chwilę, po czym moją uwagę zwróciły mniej romantyczne (czy aby na pewno – mniej?…) ryki jelenia, gdzieś w otaczającym mnie bieszczadzkim lesie. Obładowana bagażami, w zmienionych butach, w krótkich portkach (a już była chłodna, wrześniowa noc) i zafascynowana ryczeniem jeleni, zamknęłam wreszcie samochód, po czym, świecąc czołówką, jęłam się piąć pod górę przez las do domu moich gospodarzy (i organizatorów rajdu). Mój niepoprawny życiowy optymizm i obcowanie niemalże na co dzień z naturą spowodowały, że w zasadzie nawet przez chwilę nie pomyślałam o tym, że może choć dla przyzwoitości należałoby się trochę bać, idąc po północy przez las (niezbyt gęsty), samemu. Właściwie to nie samemu, bo nadal wszędzie ryczały jelenie. Po niedługim czasie byłam już na górze, w bezpiecznym, cudownym domu, gdzie przepakowałyśmy z dziewczynami rzeczy przed rajdem konnym i szybko zawinęłyśmy się w śpiwory do snu, bo droga czekała nas dość długa. Następnego dnia mieliśmy jechać w ukraińskie Karpaty, gdzie planowaliśmy spędzić tydzień, śpiąc pod namiotami, a przemieszczając się konno od obozu do obozu. Nasz dobytek miał jeździć terenówką. W planie było też zdobycie, konno (i na oklep), gór Pikuj, Stoh i przejechanie Borżawy. Zapowiadało się niesamowicie.
Niesamowite były też nasze konie. Siedem drobnych klaczy huculskich, wypożyczonych z ukraińskiej stadniny. Kiedy przyszło nam je na koniec rajdu oddać, naprawdę aż zakręciła mi się łza w oku –kiedy pierwszego dnia wybraliśmy sobie konie, już tak zostało na tydzień, nie wymienialiśmy się. Dzielne hucułki pięły się z nami pod górę (Stoh ma aż ponad 1600 mnpm), ale też szły obok nas, kiedy prowadziliśmy je podczas pieszych odcinków. Towarzyszyły nam bez zawahania.
Moimi ulubionymi wspomnieniami z tej wyprawy pozostaną chyba te, które często mogą pozostać nieuchwycone. Chyba z czasem, robiąc zdjęcia, przebywając z końmi, a może po prostu mając duszę artysty (i odkrywając duszę wędrownika 😉 ) nauczyłam się je dostrzegać. Targający końską grzywę, chłodny i porywisty wiatr, parskanie wędrujących koni, ciepło ogniska na zmarzniętych policzkach i widok gwiaździstego nieba, które jest tak dobrze widoczne tylko w tak dzikich miejscach.
Spanie w dwóch swetrach, bo chłodno w nocy, o równie chłodnym poranku fusiasta kawa z turystycznego kubka i grzanki znad ogniska. Mycie zębów, stojąc nad zimnym potokiem. Siedzenie przy ognisku do późnej nocy, i albo rozmowy półgłosem, te mądre, i te całkiem banalne, albo niezobowiązujące milczenie. To milczenie zdarzało się i też podczas wędrówki, i wtedy było jakby uwrażliwiające na całe piękno wokół. Do takich wypraw można mieć różne podejście. Można je traktować jako po prostu fajny wypad, można się denerwować, że zimno i mokro (owszem, było, ale w tym też jest pewien urok 😉 ), można przywieźć ładne zdjęcia i mieć o czym opowiadać po powrocie. Ja wróciłam zmieniona, z dwiema garściami wniosków i przemyśleń, które zostały ze mną do teraz.