Operacja Lanckorona
To, co zawsze długo pozostaje w mojej głowie po rajdzie konnym, to jego atmosfera. I ten czas, kiedy siedzę w siodle, oglądam okolicę i jestem pogrążona w myślach. Dawno już odkryłam, że mogę przemierzać kilometry nawet samym stępem, i sprzyja to budowaniu wewnętrznej siły 😉 I spokoju. Najwidoczniej bardzo mi odpowiada ten sposób odpoczywania 😉
Poranki rajdowe również uznałam za jedne z ulubionych wspomnień. Karmienie koni – często tylko przez tych zdyscyplinowanych jeźdźców, którzy wstają najwcześniej 😉 Mocna kawa, po wydostaniu się ze śpiwora, najczęściej w jakimś cudownie banalnym miejscu do spania, wspólne śniadanie, a po nim – szykowanie się do drogi. A zaraz później – kolejne kilometry przemierzone na końskim grzbiecie, i kolejny cel.
Długo nie mogłam wrócić do rzeczywistości po tym lanckorońskim rajdzie, pewnie dlatego, że wspomniana już wcześniej atmosfera była wyjątkowo udana. W tych zdjęciach jest spory kawałek mojego serducha, przez co lubię do nich wracać. Z wesołą ekipą umierałam ze śmiechu codziennie wiele razy, a zmarszczki – te w kącikach oczu pogłębiły mi się znowu o kolejne milimetry, ale nie przejmuję się tym ani trochę. Niech tam sobie są!