LoveStory w codzienności
Światło. Wlewające się przez okna do niedużego pokoju dziennego, w którym stał spory, drewniany stary stół – pod jednym z okien. Przy stole, albo na stole, siedziała dziewczynka i jadła chleb z domowym dżemem (truskawkowym, którym sama później też się zajadałam). Dziewczynka miała na imię Hania. Słońce, które nagle błysnęło zza chmur, oświetliło od tyłu jasne włosy Hanki. Zamyśliłam się tak bardzo, zafascynowana światłem w pomieszczeniu, że do tej pory żałuję, że aparat fotograficzny był wtedy jeszcze w samochodowym bagażniku. Na dłoni poczułam chłodny psi nos, którym trącił mnie właśnie spory owczarek niemiecki, wpatrujący się we mnie z uprzejmym zaciekawieniem. Ocknęłam się bardziej dopiero po pytaniu, czy chcę kawę, czy herbatę. Byłam wtedy na szkoleniu o psychice konia, u Eweliny i Piotrka. Pojechałam w zasadzie jako opiekun, bo szkolenie było raczej skierowane do dzieci i młodzieży, ale sama również odebrałam lekcję na temat mojego podejścia do koni, ale to już inny temat. W tym domu urzekła mnie atmosfera. Nie miałam najmniejszych wątpliwości, że ci ludzie kochają to, co robią…